Trawers Islandii

O Islandii myślałem od dawna i obiecywałem sobie po niej wiele. Wyspa, leżąca tylko odrobinę poniżej koła podbiegunowego, z dala od Europy i Ameryki, to ekstremalne połączenie.

Wiatry znad Oceanu Arktycznego zderzają się z ciepłym Atlantykiem, tworząc nieprzewidywalną pogodę, wulkaniczna skała w centrum kraju tworzy rodzaj wielkiej pustyni, drogi i ścieżki są nieliczne i lepiej poruszać się po nich samochodem terenowym niż pieszo. Przyciągnęły mnie jednak surowe krajobrazy oraz samotność, jaka towarzyszy na szlaku każdemu, kto się zapuści do wnętrza kraju.

Jak wędrować po Islandii?
Gdy idzie się ze wschodu na zachód, odległości między drogami i schroniskami wynoszą setki kilometrów, nie ma więc mowy o marszu na lekko. Trzeba pogodzić się z plecakiem, w którym dźwiga się namiot, śpiwór, ciepłe ubrania i zapas jedzenia na 6-10 dni.

Nie warto patrzeć w niebo lub pytać spotkanych Islandczyków o prognozę pogody. Jest tu nieprzewidywalna. Każdego dnia wiatr zmienia kierunek kilka razy, a każda taka zmiana może przynieść poprawę pogody lub ulewę. Często przynosi jedno i drugie. Musiałem pogodzić się z kaprysami aury i znosić upalne słońce, które w ciągu kwadransa potrafiło zniknąć za chmurami, przynoszącymi deszcz. Albo w drugą stronę.

Nie warto liczyć na prostą i łatwą drogę. Nawet uczęszczany przez samochody terenowe szlak bywał pokryty bazaltowym pyłem, w którym stopy grzęzły po kostki lub kamieniami, na których łatwo skręcić kostkę.

Największymi przeszkodami są rzeki lodowcowe, przez których zimne wody należy przechodzić. Z ciężkim bagażem i butami zarzuconymi na szyję wiele razy walczyłem z prądem i ostrymi kamieniami, leżącymi na dnie. Dwie rzeki w centrum kraju były wezbrane tak, że nie dałem rady ich przejść i zużyłem dwa dni obchodząc niebezpieczne odcinki, gdzie woda porwałaby mnie w sekundę. Lekcja pokory wobec surowej przyrody tej wyspy.

A co w zamian? Niezależnie od pogody – wspaniałe widoki i pustka, która trudno porównać do czegokolwiek znanego u nas. W takim miejscu samotność trzeba po prostu lubić, gdyż towarzysza na szlaku spotkać bardzo trudno. Jeśli się to uda, to raczej w jednym z kilku schronisk, stojących w oddaleniu od cywilizacji, w sercu wyspy. Gdy się tam trafi, można liczyć na ciepło gorącego pieca, rozmowę ze strażnikami i innymi turystami, a także gorąca kąpiel, która zmywa zmęczenie i kurz.

Jedna z najbardziej niesamowitych chwil podczas 4-tygodniowej wędrówki? Moment, gdy nad schronisko Laugafell, w samym środku Islandii, przyszły chmury i deszcz, a ja wskoczyłem do gorącego, naturalnego źródła. W obłożonym kamieniami basenie ciepła woda biła wprost z ziemi. Wiatr przynosił kolejne chmury i niepogodę, a ja mogłem bez końca grzać się, nigdzie nie spiesząc.

Łukasz Supergan – Podróżnik, fotograf, dziennikarz. Za swoje podróże dwukrotnie wyróżniony w kategorii „Wyczyn Roku” na gdyńskich „Kolosach”. Jego samotne przejście gór Zagros otrzymało nominację do nagrody National Geographic Traveler.